Flavio Paixao: W Śląsku brakuje piłkarzy z mocniejszym charakterem (WYWIAD)

04.03.2025 (17:00) | Marcin Sapuń

fot.: Mateusz Porzucek

Chyba zdecydowana większość kibiców bardzo dobrze wspomina Flavio Paixao. Portugalczyk zapisał się w historii Ekstraklasy, a naszej redakcji opowiedział m.in. jak spędza wolny czas, którego trenera nie będzie dobrze wspominać, czy byłby w stanie kupić klub, mając wystarczającą ilość pieniędzy. Nie zabrakło również wspomnień z Wrocławia i rozmowy o obecnej sytuacji Śląska. 



 

Muszę zacząć od pytania, co porabia Flavio Paixao na sportowej emeryturze? 

Prowadzę swój biznes w Portugalii związany z nieruchomościami. Wynajmuje je, ale również pracuję nad ich sprzedażą, ale również pomagam osobom, którzy są zainteresowani kupnem domów w Portugalii.

Wiem też, że w wolnym czasie lubisz grać w golfa. 

Tak. Golf po piłce jest teraz moją największą pasją, którą miałem już od dawna, a teraz jestem tak bardzo wkręcony w to, że mógłbym nawet codziennie grać w golfa. W tym roku będę też organizować w Polsce specjalny turniej golfowy, a dodatkowo 26 czerwca odbędzie się też turniej charytatywny. Chcemy wspierać ludzi, którzy potrzebują pomocy. Długo myślałem nad organizacją tego turnieju i chciałbym zebrać jak najwięcej ludzi. Także to jest mój cel na taki pierwszy charytatywny turniej, ale chciałbym również zorganizować kiedyś podobny turniej we Wrocławiu. Zobaczymy, jak to będzie. 

Ciekawi mnie, dlaczego akurat golf? Co jest takiego wyjątkowego w tej dyscyplinie? 

W golfie jestem sam. Nie mam żadnej osoby, która mówi mi, jak mam grać. Jestem tylko ja i pole golfowe, piękna natura. Mogę zagrać, kiedy tylko chcę. Niesamowici są ludzie, pozytywna energia, ale także kultura golfa. To wszystko jest niesamowite, bo przez cały dzień możesz spędzić miło czas z ludźmi, który tak samo grają jak ty - coś zjemy, porozmawiamy. Traktuję to jako relaks, którego dawno nie miałem. To jest kompletnie co innego, niż piłka nożna, w której cały czas jest stres i dużo presji. 

Mówisz, że czasami nawet cały dzień spędzasz na polu golfowym. Czy żona nie ma problemu o to, że nie ma cię wtedy w domu? Chyba, że jeździ z tobą. 

Żona raz była ze mną i stwierdziła od razu, że golf jest nudny. Jest to oczywiście sport, w którym potrzebujesz bardzo dużo cierpliwości, a to nie zawsze jest łatwe. Także żona nie za bardzo lubi golf, ale próbuję ją przekonać do niego, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie. 

A tęsknisz jeszcze za piłką? Poszedłeś teraz w biznes, grasz w golfa, ale czy masz zamiar jeszcze wrócić do futbolu? 

Nigdy nie odwrócę się od piłki. Niedługo miną dwa lata od mojego ostatniego meczu w karierze. Mam cały czas kontakt z trenerami, czy piłkarzami. Jak mam czas, oglądam Ekstraklasę i analizuję grę drużyn, czy konkretnych zawodników i czasami też chcę pomagać, by zwrócić uwagę, co na przykład można zrobić lepiej. 

Wspominasz, że oglądasz Ekstraklasę, więc muszę zapytać o obecną sytuację Śląska Wrocław. Jak bardzo jesteś zaskoczony, że wicemistrz Polski zamyka ligową tabelę? 

Pamiętam pierwszy mecz w obecnym sezonie, gdy Śląsk mierzył się z Lechią Gdańsk. Byłem na tym spotkaniu i w trakcie wywiadu powiedziałem, że bardzo trudno jest osiągnąć sukces tylko z młodymi piłkarzami. Zawsze w drużynie potrzeba starszych, bardziej doświadczonych piłkarzy. To jest dokładnie to samo, co w Gdańsku. Dwa zespoły walczą o utrzymanie i mają w kadrze bardzo młodych zawodników. Widać, że brakuje trochę tego doświadczenia i piłkarzy, którzy mają mocniejszy charakter.

Brakuje też zawodników, którzy we Wrocławiu robili dużą różnicę, czyli Exposito, Nahuela i Olsena. To byli bardzo ważni gracze dla Śląska, wręcz liderzy. Teraz sytuacja jest oczywiście trudna. Przed sezonem trener Magiera budował taki zespół, jaki sam chciał. Nie dało to wyniku, a obecnie jest nowy trener, który próbuje ratować WKS przed spadkiem, ale ci piłkarze nie są do końca od niego. 

Dużo kibiców zarzuca byłemu dyrektorowi sportowemu, że sprowadził latem za dużo piłkarzy. Między czerwcem a wrześniem przyszło ich aż trzynastu. 

Jeśli ci wszyscy nowi zawodnicy mieliby dużą jakość, nie byłoby to dla mnie problemem. Jacek Magiera otrzymał prawie wszystkich piłkarzy, których chciał, także to on zbudował drużynę według własnego pomysłu. Według mnie prezes Patryk Załęczny zaufał trenerowi, mając z tyłu głowy, że sezon wcześniej zdobył on wicemistrzostwo Polski. Natomiast po paru miesiącach okazało się, że transfery nie były na tyle dobre, jak klub chciał. Ostatnie miejsce Śląska w Ekstraklasie jest szokujące i wszyscy się zastanawiają, jak to jest możliwe. Z kolei ta sytuacja pokazuje nam, jak brutalna jest piłka. Jeszcze kilka miesięcy temu Śląsk był blisko zdobycia mistrzostwa Polski, a dziś jest na 18. miejscu. 

Wierzysz jeszcze w utrzymanie Śląska? 

Zawsze będę pozytywnie myślał i to do samego końca. Oczywiście łatwo nie będzie, bo strata do bezpiecznej pozycji wynosi osiem punktów. Myślę, że najważniejsze na ten moment są relacje trenera z zawodnikami, ale również między samymi piłkarzami w szatni. 

I odpowiednie podejście mentalne. 

Tak, to jest właśnie to, o czym mówię. Musisz budować relacje między piłkarzami, np. bardzo dużo z nimi rozmawiając, szukając błędów i ich rozwiązań. Pamiętam, że kiedy byłem w Lechii Gdańsk, mieliśmy dobrych piłkarzy, ale w szatni była bardzo zła atmosfera i niestety spadliśmy do I ligi. Trenerzy, cały sztab muszą mieć dobre podejście do zawodników, by ten pozytywny sygnał i reakcja były widoczne na boisku. 

Mówisz o Lechii, czy obecna sytuacja Śląska jest bardzo podobna do tej z Gdańska z sezonu 2022/23? 

Trochę podobna jest, bo my w Lechii mieliśmy bardzo dobrych piłkarzy i mieliśmy dobrą drużynę, ale problemy pojawiały się poza boiskiem, które później oczywiście miały wpływ na nasze wyniki. Natomiast we Wrocławiu powtórzę, problemem jest młoda kadra i tutaj już prawie od początku sezonu nie było dobrych wyników. Brakuje w Śląsku piłkarzy z charakterem. 

Cofnijmy się teraz do Śląska, w którym ty występowałeś. Jak wspominasz czas spędzony we Wrocławiu? 

Początki na pewno były trudne, bo bardzo dłużyła się sprawa mojej licencji, więc w Śląsku zadebiutowałem dopiero w marcu 2014 roku. Co ciekawe, swoją grę w Polsce rozpocząłem meczem z Legią i przeciwko tej samej drużynie ją zakończyłem. Początek był cięższy, bo też sytuacja Śląska nie należała do najlepszych, ale już w kolejnym sezonie było zupełnie inaczej i zajęliśmy 4. miejsce w lidze. 

A tobie wówczas zabrakło dwóch goli, by zrównać się z Kamilem Wilczkiem i zostać królem strzelców Ekstraklasy. 

Tak, w Śląsku trochę tych bramek zdobyłem i to grając głównie jako skrzydłowy. Powiem też, że chciałem zostać we Wrocławiu. Paweł Żelem, który był wtedy prezesem Śląska, mówił, że chce mi zaproponować nowy kontrakt, ale ostatecznie nie przedstawił żadnych konkretów. Później pojawiła się konkretna oferta od Lechii Gdańsk i ją przyjąłem. Ja mam jedną zasadę - pracuję z ludźmi, którzy nie tylko mówią, ale również podejmują konkretne działania. Słowa może każdy wypowiedzieć, a ważne jest to, co ta osoba faktycznie robi. Kocham Wrocław i bardzo dobrze wspominam czas w tym mieście, do którego też czasami i chętnie przyjeżdżam. Wciąż mam kontakt z kilkoma osobami i cieszę się, kiedy mogę tu przyjechać. 

Kiedy ostatni raz byłeś we Wrocławiu? 

W grudniu, kiedy Śląsk grał z Piastem Gliwice w Pucharze Polski. 

Jak duży wpływ na twoje dołączenie do Śląska miał twój brat, Marco? 

Pojawiła się taka opcja, bo byłem wówczas bez klubu. Tractor Sazi z Iranu nie płacił mi przez trzy miesiące, więc rozwiązałem z nim kontrakt i całą sytuacją zajęła się FIFA. Byłem we Wrocławiu na testach sportowych, trenowałem z nimi, ale później pojawiły się kłopoty z moim certyfikatem. Pamiętam też, że ówczesny prezes Śląska był trochę taką dziwną osobą dla mnie. Reagował tak, jakby był najważniejszy i też bardzo dziwnie ze mną rozmawiał, co mi się niezbyt podobało. Natomiast później zmienił się prezes i pamiętam, że został nim Paweł Żelem i zadzwonił do mnie, że chce mnie w Śląsku i faktycznie od samego początku walczył o to, żebym jak najszybciej mógł zagrać. W lutym przyszedł mój certyfikat i już normalnie mogłem występować w Ekstraklasie. Wcześniej byłem na obozie, trenowałem z drużyną. Natomiast zawsze będę powtarzać, że Paweł Żelem miał duży wpływ na moją karierę w Polsce, bo to on walczył o certyfikat z FIFA. 

Mówiłeś, że wciąż masz jakiś kontakt z ludźmi z Wrocławia. Z kim dokładnie? 

Tak, mam dobry kontakt z Patrykiem Załęcznym, byłym już prezesem Śląska, z kilkoma zawodnikami i też z Michałem Mazurem. Słyszałem, że właśnie został nowym prezesem klubu. 

Dokładnie dziesięć lat grałeś w Polsce i jestem ciekawy twojego punktu widzenia, jak zmieniła się polska piłka przez ten czas?

Powiem szczerze - myślenie o piłce w Polsce wcale się nie zmieniło. 

Dlaczego?

Zawsze dużo o tym mówiłem i próbowałem to jakoś zmienić, ale w Polsce zawsze na pierwszym miejscu jest bieganie, później siłownia, a dopiero na ostatnim miejscu piłka. I tak było cały czas. Miałem kilku trenerów, którzy patrzyli tym właśnie schematem, gdzie z piłką trenujesz 20 minut. Dodatkowo są osoby, które ciągle patrzą na GPS-y. Byli zawodnicy. którzy grali ze mną i mówili, że oni będą biegać nawet bez większego sensu, bo jak nie przebiegną 12 km, to nie zagrają w następnym meczu. 

Mogę się zgodzić, że faktycznie dużo mówi się o statystykach biegowych. Nawet po meczu Śląska z Zagłębiem w tym sezonie była taka duża dyskusja, że piłkarze za mało biegają. 

Dokładnie. Gdybym był trenerem, to od razu bym chyba wywalił te GPS-y, albo po prostu nie przywiązywał do nich aż tak dużej wagi. Dla mnie najważniejsze jest to, co ja potrzebuję, żeby piłkarz zrobił na boisku. Dla przykładu, zawodnik, który w meczu przebiegnie 12 km, może zrobić dużo mniej od tego, co przebiegnie 5 km. GPS mógłby mnie interesować, by zobaczyć w jakich obszarach zawodnik się poruszał. Dzisiaj jest często tak, że mamy 60. minutę meczu, a trener przygotowania fizycznego mówi do głównego trenera, że dany piłkarz musi już odpocząć, chociaż wciąż gra bardzo dobrze. Gdyby piłkarz sam chciał zejść z boiska, bo jest zmęczony, to akurat rozumiem. Pamiętam jak Lechia grała ze Stalą Mielec w 2021 roku i przed meczem źle się poczułem i zwymiotowałem. Trener Kaczmarek zapytał się mnie, czy chcę grać i odpowiedziałem, że tak. Może i dużo nie biegałem, nie miałem aż tak dużo siły jak w innych spotkaniach, ale zanotowałem dwie asysty i przebiegłem tylko 7 kilometrów. Natomiast przed następnym meczem trener przygotowania motorycznego zasugerował trenerowi Kaczmarkowi, żebym może usiadł na ławce, bo w Mielcu zrobiłem mało kilometrów. 

I co, zagrałeś w kolejnym spotkaniu? 

Tak, ale to jest właśnie taka mentalność i stare myślenie o futbolu, które mi się nie podoba. 

Przez większość twojego czasu spędzonego w Śląsku, trenerem był Tadeusz Pawłowski. Jak go wspominasz?

Pamiętam, że mieliśmy bardzo dobrą relację. Podobało mi się to, jak komunikuje się z piłkarzami. Dużo rozmawia i jest bardzo otwartą osobą. Mieliśmy dobry sezon 2014/15, w kolejnym było już ciężej, bo kilku ważnym piłkarzom skończyły się kontrakty lub przeszli do innych klubów i drużyna była słabsza. Wracając jeszcze do Tadeusza Pawłowskiego, kiedy masz trenera, który bardzo często rozmawia z zawodnikami, twoja pewność siebie wzrasta. 

Wcześniej poruszyłeś już wątek odejścia ze Śląska. Jak podpisałeś kontrakt z Lechią, zostałeś przesunięty do rezerw. Jaka była twoja reakcja na tę decyzję? Byłeś wkurzony? 

Nigdy nie byłem zdenerwowany, bo miałem dobre relacje z klubem. Paweł Żelem po prostu nie zaproponował mi kontraktu, ja cierpliwie czekałem trzy miesiące, ale żadnych konkretów nie było. Z kolei Adam Mandziara z Lechii Gdańsk od razu wszystko mi przedstawił i był po prostu konkretniejszy. 

Natomiast, czy faktycznie było tak, że dogadywałeś się za plecami Śląska? 

Nie, może Śląsk miał do mnie pretensje, jeśli mówiłem, że czekam na jakieś rozmowy, ich nie ma, więc od stycznia mogę podpisać umowę z nową drużyną. Powiedziałem to wprost. W Śląsku wtedy był też nowy trener (przyp. red. Romuald Szukiełowicz) i powiem, że to był najgorszy trener, którego miałem w Polsce. Byłem w szoku i to chyba nie tylko ja, ale też inni piłkarze. Organizował nam takie treningi, o których bym nigdy nie pomyślał, żeby je w piłce robić. Było to bardzo dziwne. 

I kiedy podpisałem kontrakt z Lechią, trener przesunął mnie do drugiej drużyny i w szatni powiedział mi, że mam wyjść i iść porozmawiać z prezesem, bo on mnie nie chce w zespole. Trochę śmieszne to było, bo mogliśmy spokojnie sobie porozmawiać. Po co ta złość? 

Pamiętam, że trener Szukiełowicz zabrał was w góry, a później do Trzebnicy na obóz. 

Tak. W pamięci zapadła mi też taka akcja, gdzie trener rozdał piłkarzom ankiety do wypełnienia, gdzie były pytania o to, z kim nie poszedłbyś do restauracji, dyskoteki, czy na spacer. Wyglądało to, jakby sam chciał szukać problemów. Natomiast ja jestem pozytywna osobą, szukam rozwiązań, a nie problemów. Powiedziałem trenerowi, że nie wypełnię tej ankiety, bo ja bym poszedł z każdym kolegą z drużyny i nie mam, czego pisać na kartce. I wszystko zaczęło się właśnie od tego momentu, bo dla mnie to taki kierunek do katastrofy i psucia relacji między piłkarzami. 

To już wiem, że trenera Szukiełowicza nie będziesz za dobrze wspominać. A masz jakąś konkretną bramkę zdobytą w Śląsku, którą masz przed oczami? 

Myślę, że ta przeciwko Lechii, gdy wygraliśmy w Gdańsku 4:1. Strzeliłem wtedy z około 30 metrów, gdy zobaczyłem wysuniętego bramkarza i go przelobowałem. 

We Wrocławiu i w Gdańsku grałeś z numerem 28 na plecach. Traktowałeś to jako kontynuację, czy wiąże się z tym numerem jakaś historia? 

Kontynuacja też, ale nr 28 w Sportingu Lizbona miał Cristiano Ronaldo i tak pomyślałem, że ja też bym taki numer wziął i jak się okazało, zapisałem się w historii polskiej ekstraklasy, więc to była dobra wizja. 

Zgadza się, 108 goli w Ekstraklasie i w Polsce dużo czasu już spędziłeś i muszę pochwalić cię właśnie za twój język polski. Kto miał większy wpływ na naukę? Żona, czy ty sam? 

Opisałem to w swojej książce, że gdy wyjeżdżasz do nowego kraju, to od razu pierwszą podstawową rzeczą jest język. Od pierwszego momentu próbowałem rozmawiać prostymi słowami na boisku. To był mój pierwszy krok. Później poszedłem na lekcje języka polskiego, ale nie było to za bardzo dobre, bo po treningach byliśmy zawsze zmęczeni i niezbyt mieliśmy siłę. Natomiast próbowałem rozmawiać codziennie w sklepie, na ulicy i radziłem sobie coraz lepiej. Później jak poznałem swoją żonę, to było już kompletnie inaczej, ponieważ rozmawialiśmy po polsku w domu. To była dobra decyzja. 

A jak poznałeś swoją żonę? Bo to też ciekawa i śmieszna historia, tak słyszałem. 

Tak, to było w Gdańsku, jak wracałem z treningu. Jechałem samochodem i na światłach zauważyłem ją po lewej stronie w aucie i powiedziałem do niej cześć. Ona trochę dziwnie zareagowała, ale jechaliśmy obok siebie tak przez 10 minut i na końcu zapytałem ją o numer telefonu. 

Jak rozumiem, żona nie wiedziała, że jesteś piłkarzem?

Nie i może dobrze, bo wiadomo, że ludzie inaczej reagują jak wiedzą, że ten ktoś jest sportowcem na przykład. 

Czy w momencie, gdy grałeś w Śląsku lub Lechii, przewinął się gdzieś temat powołania ciebie do reprezentacji? Ostatnio na You Tube można było znaleźć film i były tam wypowiedzi różnych dziennikarzy z Portugalii na ten właśnie temat. 

Słyszałem od ludzi, że ja i Marco byliśmy na jakichś listach, chyba wtedy, kiedy graliśmy we Wrocławiu. Były takie dwa sezony, gdzie wykręciliśmy dobre liczby i było trochę pytań o to, ale ostatecznie żadnych powołań nie było. Wiadomo, trudniej jest się dostać do reprezentacji Portugalii z Ekstraklasy. Selekcjonerzy patrzą najpierw na te topowe ligi i wiem, co mówię. Miałem kontakt z kilkoma trenerami, którzy mi mówili, że po prostu polska liga nie jest tak mocna jak Premier League, Serie A, La Liga, czy Bundesliga. 

Na zakończenie jeszcze takie trochę pytanie przyszłościowe. Dużo wypowiadasz się w mediach o sytuacji Lechii Gdańsk, a kibice też widziałem, że są ciekawi, czy Flavio Paixao mógłby kupić klub, gdyby miał wystarczające środki? 

Nie, nie chcę kupować żadnego klubu, bo nie jest to moją motywacją, czy ambicją. Lechia na ten moment potrzebuje prawdziwego właściciela, który naprawdę będzie chciał zrobić porządek. Tego mocno brakuję. Teraz w Gdańsku nie ma żadnego spokoju, jest duży problem i nie chodzi tu tylko o pieniądze. Ja już też mówiłem wcześniej, że nie chcę już dłużej o tym mówić, bo jestem po prostu tym zmęczony. W klubie dzieją się rzeczy, które w 2025 roku nie powinny mieć miejsca. Każdy musi to ocenić. Fakty są takie, że Lechia nie ma pieniędzy na licencję, albo żeby zapłacić firmom, które współpracują z klubem. Jest bardzo dużo problemów i brakuje osoby, która wejdzie w to i powie, że chce stworzyć prawdziwy klub piłkarski, by co rok walczyć o mistrzostwo. Jeśli tacy ludzie by się pojawili, ja chętnie mogę pomóc, ale na razie takiej osoby nie widzę. 

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet na kanale WhatsApp. Odwiedź nas także na Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.