Piątka w piątek. Śląsk Wrocław - Lech Zielona Góra 5:1 (2:0)


Zanim zabrzmiał pierwszy gwizdek, minutą ciszy uczczono pamięć zmarłego przedwcześnie Jerzego Klempela.

Pierwszy kwadrans zapowiadał ciekawy mecz. Zawodnicy Lecha grali aktywnie i daleko od swojej bramki. Zapewne liczyli, że piłkarze Śląska przejdą obok meczu lub przynajmniej prześpią początkowe jego fragmenty. Przeliczyli się.



 

Śląsk grał z dużym animuszem i już w 20. minucie ucieszył swych kibiców pierwszą bramką. Kuba Małecki wykończył ładną akcję Kowalczyka i Flejterskiego. Było 1:0 dla Śląska.



Po zdobyciu prowadzenia Śląsk nadal prezentował się dojrzale na boisku. W 34. minucie Kosztowniak otrzymał wyśmienite podanie od Ulatowskiego. Po ładnym strzale Solo, sparowanym jednak przez Kasprzaka, do bezpańskiej piłki dobiegł Grabowski, pusta bramka i... nie ma drugiego gola.

Jednak już dwie minuty później Marek Grabowski obsłużony dobrym podaniem przez Małeckiego, mija zwodem jednego rywala i oddaje strzał z okolicy 12. metra. Uderzenie nie wyglądało zbyt przekonywująco, ale rykoszet od jednego z obrońców sprawił, że piłka znalazła jednak drogę do siatki. Było 2:0 dla Śląska.



Z ciekawych wydarzeń w pierwszej połowie odnotować należy jeszcze rajd Pawła Sasina przez ¾ boiska, zakończony jednak zbyt słabym dośrodkowaniem. Na osobną uwagę zasługuje również masażysta wrocławian, którego sposób wyciągnięcia piłki zza ogrodzenia zasługuje na miano mistrzostwa świata!



Potrójna zmiana na początku drugiej części gry mogła przekonać, że długa ławka rezerwowych jest atutem Śląska. Już 4 minuty po pojawieniu się na placu gry Marcin Wielgus podwyższył rezultat spotkania na 3:0. Na trybunach zrobiło się naprawdę wesoło i... część z widzów nawet nie zauważyła bramki strzelonej przez zielonogórskiego Lecha. Wprowadzony po przerwie Michał Wróbel, nie zdołał zablokować dośrodkowania w pole karne a Andrzej Sawicki bez większych problemów z pięciu metrów wpakował piłkę do siatki wrocławian. Było 3:1 dla Śląska.




W 54 minucie dalekie podanie do Małeckiego przechwycili obrońcy Lecha, ale ich niezdecydowanie wykorzystał Tomek Kosztowniak, który wyłuskał im piłkę i ładnym, płaskim strzałem podwyższył wynik meczu. To była czwarta bramka dla wrocławian.



Niewiele brakowało, aby znów powtórzyła się sytuacja „cichej” straty gola. Bowiem w 55. obrońcy Śląska pozwolili na oddanie strzału napastnikowi gości z 6. metra. Tym razem strzał okazał się niecelny.



W 67. minucie Kowalczyk ładnie podał do Kosztowniaka, ten przedłużył podanie głową i będąc w biegu oddał strzał na bramkę. Bramkarz gości wybił piłkę przed siebie, a ta znów pojawił się przy Solo. Chytry lob główką minął lewy słupek bramki zaledwie o centymetry.




Śląsk grał bardzo swobodni raz po raz prezentując składne i szybkie akcje. Przy doskonałym dopingu i dobrej pogodzie oglądanie tego meczu było prawdziwą przyjemnością. Kiedy nad rozśpiewaną ‘odkrytą’ rozpostarła się kolorowa tęcza zrobiło się naprawdę przyjemnie. Jakby na osłodę i podsumowanie tego udanego dnia obsłużony świetnym podaniem Wielgus, po ładnym 15-metrowym rajdzie ustalił wynik spotkania na 5:1 dla Śląska.

źródło: własne

Autor

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.