Szef (czuk) ataku
Gdyby dwa miesiące temu ktoś stwierdził, że najlepszym ligowym strzelcem Śląska po ósmej kolejce będzie Tomasz Szewczuk, to najprawdopodobniej zostałby uznany za nawiedzonego bajkopisarza. Tymczasem okazuje się, że i w tym przypadku żaba zamieniła się w prawdziwego księcia, który w bohaterskim stylu zapewnia wrocławianom niezwykle cenne punkty. Chyba nikt, oprócz najbliższej rodziny Tomka, nie wierzył, że będzie on w stanie strzelić w kilka tygodni prawie tyle bramek w Ekstraklasie, ile udało mu się zdobyć w całej dotychczasowej karierze! Oczywiście malkontenci powiedzą, że pomogła mu w tym kontuzja Vuka Sotirovicia, ale trzeba przyznać, że potrafił z tej szansy skorzystać w stu procentach. Poza tym nie dostał za darmo miejsca w podstawowym składzie, gdyż po drodze musiał „posadzić na ławce” choćby Przemysława Łudzińskiego czy Remigiusza Sobocińskiego. W tej chwili kibice nie muszą się martwić o siłę ofensywną Śląska, gdy w ataku gra Szewczuk. Ogromna w tym rola trenera Tarasiewicza, który obiektywnie patrzy na umiejętności poszczególnych zawodników i nie boi się w trudnym momencie postawić na piłkarza, który nigdy nie był noszony na rękach przez fanów WKS-u. Ciekawie prezentuje się cała kariera Tomasza Szewczuka, który wiele lat pałętał się po niższych ligach, nie tylko w Polsce, ale także w Niemczech. W Ekstraklasie grywał od czasu do czasu, nigdy nie bijąc przy tym rekordów strzeleckich. Na pewno pamięta, gdy kibice Korony Kielce psioczyli na jego grę, nazywając go często „drewniakiem”. Podobnie wyglądał jego pobyt w Poznaniu, kiedy to jako zawodnik Lecha nie zdołał strzelić ani jednej ligowej bramki. Przy Bułgarskiej pożegnano go bez najmniejszego żalu, a przy dzisiejszych popisach Roberta Lewandowskiego, nikt już o Szewczuku nie pamięta. Za to Wrocław dał mu kolejną możliwość zaistnienia w najwyższej klasie rozgrywkowej i jak na razie może on każdemu przy Oporowskiej śmiało spojrzeć w oczy. Kiedy nie tak dawno Łudziński strzelał gola za golem, nikt nie spodziewał się strzeleckiej hossy „Szewca”. A tu taka niespodzianka! Szewczuk nie pozostawia złudzeń Łudzińskiemu. Jakże piękna jest nieprzewidywalność w tym sporcie. Czasem potrzeba tylko jednej bramki by przebyć drogę od zera do bohatera. Wszystkie przedsezonowe przewidywania można włożyć między bajki, bo nigdy nie wiadomo czy trener nie wyciągnie z kapelusza anonimowego snajpera, który będzie siał postrach w całej lidze. Oczywiście należy zdawać sobie sprawę z faktu, że Szewczuk nigdy wirtuozem nie będzie, a wiek juniorski już dawno ma za sobą. Niedługo stuknie mu trzydziestka, ale stać go na to by wreszcie na poważnie zaistnieć w klubie z Ekstraklasy i strzelić w nim kilka cennych bramek. Pasjonująco zapowiada się rywalizacja o miejsce w ataku, zwłaszcza gdy do zdrowia wróci Sotirović. Obaj raczej w napadzie nie wystąpią, chociaż trener Tarasiewicz na pewno nie zawaha się postawić na taki wariant, gdy ta dwójka będzie w dobrej dyspozycji. Tylko kto wtedy będzie szefem pierwszej linii? W reprezentacji Niemiec tę rolę odgrywa Klose, wydając na boisku polecenia Podolskiemu. Śląsk ma także swojego kandydata, którego wykreował dorobek bramkowy. Jeśli dalej będzie strzelał tak często, to Sotirović będzie musiał pokornie słuchać kolegi SZEF-czuka.